Zmierzch imperium?

W Belgii Vlaams Blok, we Francji Front Narodowy, w Austrii Wolnościowcy Haidera, we Włoszech Forza Nuova - sukcesy europejskich ruchów narodowych z ostatnich kilku miesięcy pokazują, że nacjonalizm może stać się, nie rezygnując z własnej ideowo-politycznej tożsamości, znaczącą siłą w życiu publicznym. Wchodząc do parlamentów i władz lokalnych europejscy narodowcy ostatecznie zakończyli okres "milczącej obecności". To już nie tylko spektakularne sukcesy - jesteśmy świadkami narodzenia się kontynentalnej fali narodowego odrodzenia. Europa Wolnych Narodów - nocny koszmar animatorów światowego nowego ładu - całkiem wyraźnie objawiła się na horyzoncie.

 

Przyczyna tego jest całkiem prosta. Europejczycy są po prostu zmęczeni ideą, która zamiast do raju, zaprowadziła ich do piekła. Problemy ekonomiczne, zwiększające się bezrobocie, imigranci, coraz większa kontrola państwa (także w życiu prywatnym) zaczynają im doskwierać tak bardzo, że przeciętny biały mieszkaniec kontynentu coraz śmielej zerka w kierunku bezwzględnie tępionych przez System ruchów narodowych. Anonimowa kartka wyborcza, która zapewnić miała odwołującym się do najniższych ludzkich instynktów demoliberałom totalną władzę, dziś zaczyna pracować przeciwko nim.

Nie na długo, rzecz jasna. Wypróbowane metody - jak choćby polityczno-policyjne prowokacje - niewątpliwie znów znajdą swój wyraz w życiu publicznym. Początki takiej akcji już widać: we wrześniu br. Rada Europy - jeden z filarów "nowego porządku światowego" - dyskutowała na swym forum "Raport o zagrożeniach dla demokracji ze strony ekstremalnych partii i ruchów w Europie" ("ciepłe" słowa autorzy znaleźli także dla Narodowego Odrodzenia Polski). Wśród umieszczonych tam zaleceń znalazł się nie tylko postulat prawnego zakazu "werbalnej bądź pisemnej formy wyrażania rasizmu, antysemityzmu i ksenofobii" (co to w demoliberalnej nowo-mowie oznacza, dobrze wiadomo), ale także konkretny nakaz międzynarodowej współpracy i koordynacji działań policyjnych w celu powstrzymania sukcesów i rozwoju ruchów narodowych. Dodajmy, że chodzi tu nie o walkę z jakimiś grupkami szaleńców, ale z legalnymi (a więc działającymi zgodnie z wymogami obowiązującego prawa), często mającymi swych przedstawicieli w parlamentach organizacjami politycznymi, których jedyną zbrodnią jest próba realizowania niezależnej polityki narodowej. Taka jest właśnie demokracja: kiedy władza wymyka się z rąk, "panowie świata" slogany o wolności zastępują więzieniami.

Poczyniono też dalsze kroki. W dniu 18 października br., trzech "mędrców Zjednoczonej Europy" - Jean-Luc Dehaene (b. premier Belgii), Richard von Weizacker (b. prezydent Niemiec) i lord Simone (b. minister handlu Wlk. Brytanii) - przedstawiło w Brukseli "plan ratunkowy dla UE", przygotowany na specjalne życzenie szefa Komisji Europejskiej, Romano Prodiego. Dokument ma być omawiany już w grudniu na Konferencji Międzyrządowej w Helsinkach i - prawdopodobnie - zostanie przyjęty, jako "wskazany do zrealizowania" w ciągu najbliższych lat.

 

A co zaleca? Szybkie wchłonięcie krajów Europy Środkowo-Wschodniej, całkowite zerwanie z suwerennością państw tworzących UE, utworzenie jednego, "klasycznego" rządu i parlamentu dla całego kontynentu (od Atlantyku po Morze Czarne) oraz opracowanie Konstytucji Europejskiej. Autorzy "Planu", z konsekwencją wartą lepszej sprawy, nie ograniczają się oczywiście do ogólników - całość jest szczegółowa i przerażająco konkretna.

 

Tym samym cele bonzów "nowego ładu światowego" zostały oficjalnie i ostatecznie potwierdzone. Jest to ważne także z naszego, polskiego punktu widzenia, odbiera bowiem rodzimym zwolennikom "zjednoczonej Europy" argument o "zachowaniu suwerenności w UE", którym tak chętnie posługują się, by przekonać opornych. Bezskutecznie zresztą. Jak pokazują ostatnie badania opinii publicznej, do trzydziestu-czterdziestu kilku procent (wyniki różne, w zależności od instytucji przeprowadzającej sondaż) zmalało poparcie dla likwidacji Państwa Polskiego - i nadal spada. Dziesięć lat pracy Narodowego Odrodzenia Polski i innych (dodajmy: nielicznych) środowisk, przynosi wreszcie efekty.

Niestety, w przeciwieństwie do krajów Europy Zachodniej, gdzie świadomość narodowa wzrasta na równi ze zorganizowanymi działaniami nacjonalistycznymi, Polska nadal tkwi w martwym punkcie. Niemożność stworzenia jednolitej formacji, która mogłaby uderzyć w samo serce skorumpowanego System (o co zabiegamy od dłuższego już czasu) jest równie zadziwiająca, co niepokojąca. Kroki, podjęte przez ruch narodowo-radykalny dla zakończenia tej absurdalnej sytuacji są ważne, jednak nie oszukujmy się - w krótkim czasie (a tylko takim dysponujemy) efekty nie będą zbyt imponujące.

Inercję środowisk narodowo-katolickich zręcznie wykorzystuje układ rządzący, prowadząc znaną od dawna na świecie grę pod tytułem "kontrolowana opozycja narodowa". Polega ona na przejmowaniu, bądź tworzeniu formacji quasi-narodowych, akceptujących System w imię "pragmatycznej polityki przechowywania wartości". Przed wiekami, gdy szczerość i prostolinijność była normą a nie fanaberią, postawę taką nazywano po prostu zdradą. Dzisiejsze reżimowe media (które nieustannie wzbogacają nasz system wyrażania myśli), z właściwą sobie lekkością określają to, jako "konstruktywne akceptowanie rzeczywistości społeczno-politycznej". Mniejsza z tym - jak go zwał, tak zwał. Faktem jest, że za cenę niewielkich koncesji (udział w strukturach władzy, dotacje etc.) demoliberalni władcy zyskują wiernych obrońców istniejącego porządku, których jedynym zadaniem jest kanalizowanie bądź osłabianie wszelkich przejawów niezależnych działań. Udaje się to różnie. Na przykład sukces G. Finiego we Włoszech czy B. Megreta we Francji, montujących "partie narodowe stojące na gruncie demokracji", okazał się sympatycznie krótkotrwały. W Polsce podobną rolę ma do spełnienia ZChN, choć i ta organizacja sukcesów wielkich jak dotąd nie zanotowała.

 

W Europie sytuacja staje się prawdziwie rewolucyjna. Pomimo ewidentnych sukcesów nacjonalizmu dalecy jesteśmy jednak od stwierdzenia, że oto nadszedł czas ostatniej, oczywiście zwycięskiej, bitwy. Istniejący układ polityczny na kontynencie (także i w naszym kraju) jest taki, że zamysły eurofili o Imperium Europejskim mogą się ziścić i wszystkie narody zamknięte zostaną w jednym wielkim obozie koncentracyjnym. Jednak trafiając za druty Zjednoczonej Europy nie będziemy osamotnieni. Europejskie organizacje narodowe, którym udało się przełamać polityczny monopol demoliberalizmu stworzyły sytuację nieprzeciętną - z oceanu nieprawości wyłoniły się wyspy nadziei, nadziei także dla nas. Być może przegramy pierwszą bitwę o wolność, ale nie będzie to oznaczało końca wojny. Po prostu teatr działań przeniesiony zostanie na cały kontynent. Walka będzie dłuższa i cięższa, ale zwycięstwo i tak, w ostatecznym rozrachunku, przypadnie najlepszym. Czyli nam.

Adam Gmurczyk


© 2003, 2004, 2005, 2006 Narodowe Odrodzenie Polski. Przedruk części lub całości materiałów dozwolony tylko za zgodą redakcji.